Zacznijmy od tego, ile można się opierniczać i uciekać z podkulonym ogonem?
Żyć, a w zasadzie egzystować, byle tylko przetrwać kolejny dzień i położyć się spać?
Czy takie życie "z obowiązku" daje nam w ogóle jakąś radość i spełnienie?
Przecież być pokonanym, to nie robić nic.
Każdy z nas przeminie, ale w ten sposób nie zostawimy nic po sobie na tym świecie.
Każdy z nas ma jakiś talent, dar, który jest jak diament do oszlifowania.
Dostaliśmy go po to, aby go pomnażać, a nie zakopać w ziemi.
Z tego będziemy przez Boga sądzeni, z naszych uczynków. Z Miłości.
Komu wiele dano, od tego wiele wymagać będą.
Ja...ja nie chciałabym tak... po prostu, po prostu przeminąć z wiatrem, ziemią, ogniem, czy powietrzem...
Chciałabym coś zrobić, zostawić ślad na tej planecie, jak wielka stopa.
Zachowywać się tak, by dawać świadectwo i dobry przykład.
Napisać pare książek, inspirować. Namalować coś. Być Miłością dla innych.
Strach i miłość to podobno przeciwieństwa. Nie lękajmy się! Nie trwóżmy!
Dostaliśmy w posiadanie ten świat, aby go przetwarzać i ulepszać. Aby tworzyć!
Rozwijać się.
Czasem zostanie w pąku jest dużo gorsze niż ryzyko rozkwitnięcia.
My jesteśmy jak polne kwiaty....
Ciąg dalszy nastąpi.