czwartek, 25 czerwca 2015

Drugi odcinek książki o jeszcze nieznanym tytule.

*W zasadzie to mam już roboczy tytuł: "paranoidalna podróż", ale może wymyślę coś lepszego. ;)

2. Odnalezione w częściach...


"Zupełnie nie wiem od czego zacząć. Może zacznę potem.
A może nie ma czegoś takiego jak początek.
Narodziny są poza życiem. Tak jak śmierć."
fragment pierwszej notki na blogu Metanoia

Tak się zastanawiam, czy... 
zacząć od początku, czy...
od końca?

A może rzeczywiście nie ma czegoś takiego jak początek i nic się nie kończy, nic się nie liczy....bo jesteśmy martwi?

Martwi? Czemu mielibyśmy być martwi?
Bo nie mamy Życia w sobie? #apokalipsa_zombie

Ale przejdźmy do rzeczy! Jestem zniszczonym, ale nie: pokonanym człowiekiem, który ciągle walczy z własnymi demonami. Potrafię częstować ludzi uśmiechem i wiem, że wszystko przychodzi tu z pracą i wiekiem. Nawet nie czuje, kiedy rymuje. Ale już nie będę, obiecuję (przynajmniej na tej stronie, mhahah)

Opowiem Wam moją historię, miałam mnóstwo potknięć, ale nie chcę przejść życia jednym krokiem! Bo jeden krok może odmienić życie, jednym krokiem możesz wygrać i błyszczeć albo odwrotnie. W zasadzie to skoncentruję się na jednym aspekcie swego życia, czyli zespole paranoidalnym. Jednak odkryłam, że wszystko mogło się zacząć jeszcze przed mymi narodzinami. Chociaż już od roku mam remisje,  niewielkie objawy, a ma  psychoza trwała krótko (dzięki czemu mogę w ogóle pisać), muszę się cofnąć do odległych czasów, a także wyruszyć w przyszłość, by prawidłowo nakreślić obraz swej choroby i zdrowienia...

Pora na trochę narcystycznej autobiografii. Urodziłam się godzinę po tym, jak ucichł huk noworocznych petard. One oczywiście były na moją cześć. Mówią, że w zimie rodzi się pare procent więcej schizoli, ale mniejsza. Moja mama, która leżała od miesiąca prawie w szpitalu, żebym jako spory, ważący kilogram wcześniak, dla którego nie było nawet skarpetek, za szybko nie wyskoczyła, nie wiedziała kompletnie co się dzieje.Lekarze składają sobie życzenia...o co tu chodzi? Miała 29 lat, kiedy się urodziłam, a tato był i jest młodszy... Pierwsze dziecko poroniła we Francji, a będąc ze mną w ciąży bardzo się denerwowała. 

Gdy się urodziłam pierwsze co zrobiłam to mrugnęłam porozumiewawczo do mamy. Cały czas chciałam być przy niej, nie dałam się od niej oderwać.Gdy tylko mnie zostawiała, myśląc, że śpię... wpadałam w płacz. Musiałam być okropna. Serio. Nie wiem, czy bym wytrzymała z takim dzieckiem, podziwiam swoją mamę. Później się dowiedziała, że nie musiała mnie odkładać do łóżeczka, tylko mogła spać ze mną - to by pewnie pomogło. To taka rada ode mnie dla przyszłych mamusiek. 

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz