Zmarnowałam kilka godzin z życia grając w "Don't touch the spikes", bo uwzięłam się, że pobije rekord Dawida. Brakowało mi tylko dwóch punktów, bo poprzeczka, którą musiałam przeskoczyć wynosiła 67, a ja doskoczyłam do 66... Być może nigdy nie uda mi się pokonać w tym mojego brata, a nawet jeśli, to on znowu pobije rekord. Ale czy to ma sens? Każdy ma coś w czym może być najlepszy. Być może najważniejsze jest to, że udało mi się pokonać samą siebie i udowodnić swą wytrwałość i determinacje (chociaż od paru dni jestem podminowana, a nie zdeterminowana...)
Każdy ma coś w czym może być najlepszym... a czy ja mam coś takiego? Jakieś szczególne talenty, zainteresowania, pasje, koniki? Hmm... Nie wydaje mi się. Szczerze to jestem przeciętna, nawet poniżej przeciętnej i naprawdę się dziwie ludziom, którzy się ze mną przyjaźnią... Mam tyle rzeczy , które chciałabym robić, ale jestem taka...hm?...leniwa/rozlazła/chwiejna/apatyczna/zdemotywowana? Wypożyczyłam "Charaktery". Głowny temat to marzenia i jak je osiągnąć, może to mi coś pomoże. A, właśnie jest jeszcze psychologia - coś, czym chciałabym się zajmować.Ale...
A właśnie skoro już jesteśmy koło psychologii to najważniejsze jest chyba przyjrzeć się samej sobie. Stanąć w Prawdzie. A prawda jest taka, że często się sama oszukuje i oszukuje swe otoczenie. Teraz chcę to zmienić. Postanowiłam zrobić 9 pierwszych piątków i się nawrócić tak gruntowanie, więc może w ramach tego raz w miesiącu będę publikować szczery do bólu post? Ok, przepraszam wszystkich za moje złe zachowanie, chcę (ale jak bardzo?) się poprawić. Przepraszam za kłamstwa, za wagarowanie, za lekceważenie swych obowiązków i innych ludzi, za wszystkie złe myśli....
Dzisiaj zaczęła boleć mnie głowa w miejscu innym niż zwykle i tak sobie pomyślałam, co gdyby się okazało, że to rak? Przestałam być już hipochondryczką jak kiedyś (przestałam też się bulimicznie obżerać), ale w ramach eksperymentu myślowego tak właśnie pomyślałam. I wiecie co? Może potrzebowałabym takiego kopa, noża na gardle, świadomości, że np. zostało mi tylko pare lat... Zawsze potrzebuję czegoś takiego, by zacząć pracować. Może wtedy bym się sprężyła i wzięła za to, co najważniejsze... nagrałabym płyte, napisała książkę... Ludzie z litości by pomogli spełnić chorej na raka dziewczynie jej największe marzenie przed śmiercią. Na przykład Tau może by mi pomógł. Tak bym chciała, kurcze, dłużej z nim pogadać, spotkać się, pojechać do Kielc! Tato w zeszłym roku obiecał mi, że jak zdam to mnie tam zawiezie, a w końcu góra przyszła do Mahometa. ;) Czy to jest nadal aktualne? (Może jak się poprawię)
Uświadomiłam sobie, że nawet jeśli nie jest się śmiertelnie chorym, to życie przecież tak szybko przemija i nie powinniśmy trwonić czasu. W zasadzie to nikt z nas nie wie, kiedy umrze. Ale gdyby miało się te kilka lat to może człowiek by się sprężył. W zasadzie to każdy z nas jest śmiertelnie chory, bo życie to nieuleczalna choroba grożąca śmiercią...
Kiedyś Tau powiedział, że jeśli ustawimy sobie poprzeczkę, czyli cel życiowy wysoko, np na zmartwychwstanie, to wszystko inne będzie proste.
Tak się zastanawiam, co się stało z moimi zainteresowaniami: dietetyką, czy choćby teoriami spiskowymi? Przeminęła faza?Czy może następuje coś w stylu dezintegracji pozytywnej? Może one wchodzą w nową fazę? Jeszcze kiedyś jakoś się połączą i ujawnią z nową mocą? Czy może straciłam je przez to, że byłam chora na zespół paranoidalny? Przez to, że przechodziłam przez schizy teraz nie mogę się pozbierać i ... już zawsze tak będzie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz